KOMPLETY ALOJZEGO MUSZKI

MUTYZM WYBIÓRCZY 

Wiosną na Zielonej Łące, ruszają komplety Alojzego Muszki – lekcje przetrwania dla łąkowych starszaków. W tym roku, przyszedł czas na Benjamina, który dołączył do grupy dwóch ważek, motyla, chrząszcza, patyczaka i komara. Jednak nie wszystko jest tak proste, jak mogłoby się wydawać. Przyroda bywa nieprzewidywalna. Tylko pilny uczeń, który wsłuchuje się w jej głos, będzie potrafił sprostać wyzwaniu i ukończyć kurs Alojzego. Kiedyś, ukończył go Pan Ślimak. Czy powiedzie się Benjaminowi?

 

 

KOMPLETY ALOJZEGO MUSZKI

Gdybyście zapytali Benjamina albo Rózię – Hej, Ślimaki! Jak było w szkole? – musielibyście najpierw wytłumaczyć im, czym jest szkoła. A i to – mogłoby nie pomóc. Myślę, że Ślimakom bardzo trudno byłoby zrozumieć, jak można wszystkiego, uczyć się w jednym miejscu!? Na Zielonej Łące nie było szkoły, którą znacie – budynku z ławkami i klasami. Szkołą była cała Zielona Łąka! A najważniejszym nauczycielem – Przyroda. Aby wieść spokojne życie (a w razie potrzeby – uchronić się przed niebezpieczeństwem), trzeba było wiedzieć, co w trawie piszczy. Więc na Zielonej Łące, mieszkali tylko pilni uczniowie.

Tej wiosny grupa starszaków – w której znalazł się także Benjamin, uczyła się przetrwania w trudnych warunkach. Gdyby była burza albo wichura. Wielki mróz albo nieprzebrana susza. Tego, jak słuchać Przyrody i jak się zachować, żeby poradzić sobie w niesprzyjających okolicznościach, uczył sędziwy Alojzy Muszka – konik polny (choć nazwisko mogło być mylące). W całym tym ambarasie – jak przetrwać, gdy na dworze nie jest bezpiecznie – Benjamin miał ułatwione zadanie, ze względu na swoją muszlę,
w której zawsze mógł się schronić.

– Benjamin! Masz muszlę! Pamiętaj o niej! – napominał Alojzy,
a wszyscy spoglądali na Benjamina z nutką zazdrości. Muszla, była atutem Ślimaka. Korzyścią, która dawała mu przewagę nad tymi, co muszel nie posiadali. Ale inne owady i mięczaki mogły bronić się na różne sposoby – ważka mogła szybko odlecieć, żuk zagrzebać się w liściach. Ślimak – chował się w muszli. Takich właśnie, rozmaitych taktyk przetrwania, uczył starszaki Konik Muszka, podczas swoich kompletów. Codziennie skoro świt, Benjamin pełzł na miejsce zbiórki wyznaczone nieopodal Prastarego Buku, tuż za dzikim bzem i czekał z całą grupą na Alojzego. Codziennie rano, Pan Ślimak obserwował Benjaminka. Pił kawę i patrzył przez okno, jak Benjamin pełznie. Komplety z Alojzym Muszką, należały do najważniejszych lekcji, jakie Pan Ślimak pobrał w swoim życiu. A teraz, był zwyczajnie, po ślimaczemu ciekaw, jak idzie Benjaminowi. Benjamin natomiast na lekcje pełzł i wracał. Jak gdyby nigdy nic. Jednak coś w tym Benjaminowym pełznięciu zastanawiało Pana Ślimaka.

– Jak było na zajęciach? – zapytał tata, kiedy po długim dniu walki
o przetrwanie Benjamin wrócił do domu, cały w błocku i liściach.

– A, dobrze. Dobrze było – odpowiedział tak, jak zawsze Benjamin i tak, jak zawsze zaczął roznosić dom. Najpierw zjadł dwa talarze zupy z pokrzywy, potem grał w piłkę. Potem dokuczał Rózi. Potem odrysowywał cienie na ścianie… i przyłapany na tej zabawie przez Panią Ślimakową – mył ścianę. Ku wielkiej radości Prastarego Buka, który jak pamiętacie, uwielbiał wszelkie porządki (a już zwłaszcza mycie ścian), ponieważ porządki łaskotały drzewo.

Hi, hi, hi! He, he, he! O je-ju-śka! – chichotał Prastary Buk łaskotany najpierw przez kredkę, a potem przez gąbkę. Słowem – wszystko było w najlepszym porządku. Ale Pan Ślimak nie był pewien. Zauważył (zza firanki), że choć w domu Ślimaczek psocił tak jak zawsze, to na zajęciach z Alojzym, był bardzo spokojny. Zupełnie jak Nie-Benjamin. To wszystko Pan Ślimak, znał aż za dobrze. Postanowił, opowiedzieć Benjaminowi, pewną historię…

Tata zaparzył czajnik herbaty i otworzył konfiturę z róży. Do miseczki nasypał trochę suszonych owoców, aby było co chrupać przy herbacie. Były tam suszone jagody, maliny, żurawina i kawałki jabłek, które Pan Ślimak lubił najbardziej. Wszystko zaniósł do pokoju jadalnianego. Wrócił jeszcze do kuchni po kubki i łyżeczki, i zawołał Benjamina.

– Benjamin! Ślimaku? Napijesz się ze mną herbaty z konfiturą? – Benjamin bardzo lubił herbatę z tatą (i z konfiturą), więc po chwili cały zadowolony, siedział na zielonym fotelu w pokoju jadalnianym.

-Lubię konfiturę – mlaskał Benjamin

-A ja, lubię opowiadać, przy herbacie z konfiturą – uśmiechnął się Pan Ślimak.

-Będzie opowieść? – ucieszył się Benjamin

-Mam nadzieję, że się nie zanudzisz. Posłuchaj… – i Pan Ślimak zaczął opowiadać.

Benjamin natomiast cały zamienił się w słuch, bo wśród wszystkich miłych rzeczy na świecie, jedną z najmilszych, były opowieści taty.

(…)

Nie tak dawno temu na Zielonej Łące był sobie ślimak. Najweselszy ze wszystkich ślimaków. Pewnego bardzo zimnego poranka, razem z małymi owadami, wyruszył na najważniejszą wyprawę w swoim życiu, na której miał się nauczyć rozumieć Przyrodę. Wyprawie przewodził pewien polny konik – bardzo zwinny i bardzo mądry. Wszyscy marzyli, o tym żeby pewnego dnia zgłębić mądrość przewodnika. Ale mądrość przychodzi z czasem… Nie można jej zdobyć z dnia na dzień. Wyprawa była trudna. Pełna niespodzianek, które nie zawsze były miłe. Ślimak nigdy wcześniej nie musiał być tak dzielny. Tak wiele się działo! Wszystko było nowe. Zupełnie niewiadome i bardzo trwożyło małego ślimaka. Na początku ślimak myślał sobie, że to dziwne uczucie minie. Ale ono stawało się coraz silniejsze. Na raz okazało się, że wesoły dotąd ślimak, pełzł coraz trudniej, a muszla ciążyła mu tak, jakby była wielkim głazem. I co najgorsze – ślimak nie potrafi wykrztusić z siebie jednego choćby słowa! Zawołać albo poprosić
o pomoc kiedy jej potrzebował (a to jest bardzo ważne podczas wypraw!). Ani nawet powiedzieć „cześć” towarzyszom swojej wędrówki. Bardzo chciał „to” pokonać. I krzyczeć na całe gardło tak, jak potrafił to robić w każdym innym miejscu. I wcześniej, przed wyprawą. Ale wtedy, podczas wędrówki była to rzecz, której zrobić nie umiał. Za nic w świecie, nie potrafił zacząć mówić… Kiedy tylko próbował, „coś” ściskało go w gardle, a słowa utykały gdzieś w żołądku (a jestem pewien, że żołądek, nie jest miejscem, gdzie powinny przebywać słowa). Wszystko było nie tak! Czasami ktoś próbował ślimaka zaczepić i o coś zapytać. Wtedy było jeszcze gorzej. Ślimak zaczynał płakać. Zdruzgotany – nie wiedział co począć. Nie rozumiał, dlaczego nie potrafi nic powiedzieć.

Cała grupa była już bardzo zmęczona, kiedy dotarła do rzeki. To było jedno z ostatnich zadań – przeprawa na drugą stronę. Pierwsza ruszyła mrówka, za nią ważka. Potem motyl, biedronka, pająk, dwie gąsienice, pszczoła, szerszeń i kowal. Na końcu – ślimak. Od mrówki, do kowala – wszyscy trzymali się razem. Ślimak został sam, bo nikt nie wiedział, że potrzebuje pomocy. Nic nie mówił, spuszczał wzrok i od wszystkich uciekał. Starał się być dzielny, ale tak naprawdę bardzo się bał. Najgorsze w tym wszystkim było jednak to, że ślimak zupełnie nie wiedział – czego się boi. Przecież nie rzeki. Umie pływać. Ani wędrówki – ma ze sobą swoją muszlę. Więc czego? Kiedy już miał się poddać i zawrócić – odwrócił głowę. Zobaczył, że stoi za nim przewodnik – konik polny. Jest tuż obok. Tak blisko, że jeśli ślimak zechce, to może go złapać za rękę, a jeśli nie może pełznąć dalej sam. Ślimak zawahał się chwilę i ostrożnie wyciągnął rękę. Konik złapał pewnie dłoń małego ślimaka. „Będę szedł za tobą” – powiedział przewodnik. „Jeśli będziesz potrzebował pomocy, ściśnij moją dłoń. Umowa?” Ślimak nie odpowiedział, ale ruszył dalej, a konik – tak jak obiecał – był obok. Tuż, tuż. Pozwolił ślimakowi przejść rzekę samemu. W swoim tempie. Na swój sposób. Niespiesznie. Ślimak kilka razy przystawał. Brał głęboki oddech i pełzł dalej. Z każdym centymetrem, który przybliżał go do brzegu, ślimak czuł wzbierającą w nim radość i dumę. Nie strach i „coś”. Pierwszy raz, podczas całej, długiej wędrówki!

Kiedy wszyscy dotarli już na drugi brzeg – zaczęli wiwatować! Ślimak puścił dłoń konika i poczuł ulgę. „Uff…” – westchnął  i uśmiechnął się do przewodnika.

Wprawa trwała jeszcze kilka dni. Zawsze kiedy ślimak chciał się poddać, konik polny był obok. Okazało się, że ślimakowi coraz częściej wyrywają się różne słowa. Raz zapowiedział „Oh! Wysoko!”, innym razem „Uważaj motylu!”- kiedy motyl prawie by wleciał w gęste paprocie. Ślimak zauważył, że dziwne uczucie mija.

Mały ślimak przebył długą drogę, a kiedy wyprawa dobiegła końca śmiał się i wiwatował ze wszystkimi. Dziwne uczucie już nigdy nie wróciło.

Tata skończył opowieść.

-To ty byłeś tym ślimakiem tatusiu? – zapytał Benjaminek

-Tak Ślimaczku.  To była historia o mnie.

-A ten konik? To Alojzy Muszka?

-Alojzy Muszka – uśmiechnął się tata – bardzo mi pomógł. Tamtej wiosny, „coś” sprawiło, że nie potrafiłem mówić. Bałem się. Alojzy pomógł mi uwierzyć w siebie. Kiedy udało mi się przejść rzekę, wiedziałem, że teraz mogę już wszystko pokonać. Bo nie jestem sam… – Pan Ślimak przesunął się w swoim fotelu, a Benjamin wpełzł obok – A ty Ślimaczku? Czy czegoś się boisz?

Benjamin nie odpowiadał. Po chwili spojrzał na tatę.

– Codziennie, kiedy idę na zbiórkę, potwornie boję się burzy… Tego, że zaskoczy nas w środku łąki… Czy to źle? Czy jestem tchórzliwym ślimakiem?

– Każdy się czegoś obawia. Nawet najodważniejszy z odważnych! Nawet Alojzy Muszka – tata poklepał Benjamina po skorupie.

Ślimaczek zastanowił się przez chwilę. Wreszcie, odważył się zapytać:

– Pójdziesz jutro ze mną na zbiórkę? Opowiesz wszystko Konikowi Muszce?

Pan Ślimak uśmiechnął się i mocno przytulił Benjamina, popijając ostatni łyk herbaty z różaną konfiturą.

 

 

 

 

Przeczytaj także zwiastun bajki.